piątek, 15 marca 2013

Wyzwanie genina!



Rozdział XI

 Wiem, wiem. Możecie mnie udusić, rozdział obiecywałam już dawno temu, ale się nie wyrobiłam i dzisiaj go dopiero skończyłam (notabene mam jeszcze do napisania dwie prace maturalne). Mogę was tylko przeprosić i zaprosić do czytania:)

        - Nauczę was szacunku dla siostry Kazekage, skurwiele- kolejny kunai pomknął w stronę zaskoczonych opryszków, po drodze rozdzielając się, ostrza trafiły w pozostałą trójkę. – Stoczyć się na samo dno, żenada. Staniecie przed Godaime i odpowiecie za atak na ambasadora sojuszniczej wioski – tajemnicza postać wychynęła z cienia, ukazując prawdziwe oblicze.
- Nara – szepnęła z ulgą. Poczuła niewymowną radość na jego widok. Zapewne on też, bo złość ustąpiła lekkiemu uśmiechu i trosce. Od niewygodnej pozycji cała zdrętwiała i osunęła się po ścianie, aż do siadu. Objęła mocno ramionami drżące kolana. Dopiero teraz dotarło do niej, co, by się z nią stało, gdyby nieoczekiwana pomoc. Przygryzła wargę, aby nie wybuchnąć płaczem. Mimowolnie naprężyła mięśnie, gdy poczuła na ramieniu dotyk. Spojrzała z lękiem na chłopaka.
- Przepraszam – odsunął się trochę, nie chciał jej przestraszyć, widział, że jest roztrzęsiona. Co za szczęście, że zamaniła mu się przechadzka okrężną drogą, zapobiegł tym samym katastrofie. Dziękował gorąco losowi za wyjątkową przychylność.
Pierwsze krople deszczu zderzyły się z ziemią, by po chwili przerodzić się w mżawkę. – Wszystko gra? – Nie odpowiedziała. – Nie zrobili ci krzywdy? – Zaczynał się denerwować, a jeśli się spóźnił? Dziewczyna jednak ocknęła się i, bez słowa, wtuliła się w tors jounina, przyciskając piekący policzek do wyrzeźbionego torsu, doskonale wyeksponowanego pod opiętą koszulą, odsłoniętą rozpiętą kamizelką. Objął ją, mocniej do siebie przyciągając. Pogładził delikatnie puszyste włosy i ucałował czubek głowy. – Już dobrze, jesteś bezpieczna. Spójrz na mnie – niechętnie, z ociąganiem spełniła prośbę i utonęła w bezkresie ciemnych, wyrazistych oczu, wpatrujących się przenikliwie w jej własne. – Nie skrzywdzili cię?
- Nie, w porządku – odgarnęła mokry kosmyk z czubka nosa i uśmiechnęła się wdzięcznie. – Po raz kolejny ratujesz mnie z opresji, wielkie dzięki. Z czego rżysz?! – warknęła i szturchnęła go w żebra.
- Zmieniasz nastroje jak rękawiczki – mruknął. – Nawiasem mówiąc przypomniały mi się twoje słowa: ,, jestem dużą dziewczynką, umiem o siebie zadbać’’. Czyż nie tak, No Sabaku?
- Ostatnio stałeś się bardzo dowcipny i skłonny do rozmów. Skąd ta nagła zmiana?
- Tajemnica.
- Nie zdradzisz mi jej?
- Na razie nie, najlepiej sama się domyśl.
- Wróżką nie jestem. Aa! – oboje, w miarę możliwości, osłonili się przed strumieniem wody, który wręcz chlusnął na ich głowy. Istne urwanie chmury! Pioruny nieustannie oświetlały niebo, a donośne grzmoty mąciły nocną ciszę. Z nad lasu wzbiło się stado ptaków.
- Chodź, tkwimy tutaj, jak idioci – pociągnął ją w przeciwnym kierunku.
- A co z nimi? – Wskazała na bandytów.
- To sprawa Sai’a i Yamato – podążyła za chłopakiem.
- O ile pamiętam, hotel znajduje się za nami.
- Mówi to ta, która zabłądziła na prostej drodze – zauważył kąśliwie, na co wydęła policzki.
- Powiedzmy, że to był zwiad taktyczny – uniósł rozbawiony brwi.
– Nie wnikam – przyśpieszył kroku, nim zdążyła się zorientować, biegiem przemierzali puste uliczki. Jak małe dzieci, specjalnie, skakali po kałużach, rozchlapując dookoła błoto, brudząc się nawzajem. Śmiali  się przy tym do rozpuku.
- Dokąd idziemy? – Spytała zdyszana.
- Nad jezioro.
- Pogięło cię?! W trakcie burzy?!
- Nic nam nie grozi, spokojnie. Najgorsze już przeszło, wyładowania atmosferyczne są teraz wysoko w górze. A poza tym, chyba nie chcesz pokazać się w hotelu w takim stanie? Doprowadzimy się do względnego porządku i wracamy.
- Dlaczego zawsze musisz mieć rację? To irytujące.
- W końcu genialny ze mnie ninja, ne?
- Skromność to podstawa, zapisz to w swoim rozumku. Ale jednego jestem całkowicie pewna – odwrócił głowę.
- Mhm, czego? – Niespodziewanie rozłączyła wspólnie splecione palce i ,,wyrwała’’ do przodu.
- Tego, że przegrasz ze mną w wyścigu! – Krzyknęła radośnie.
- Podstępna – zawadiacki uśmiech wykrzywił jego usta. Dogonienie blondynki okazało się trudne, nie zamierzała dawać forów. Była szybka i w dodatku wytrzymała. Zrównali się dopiero na polanie, poprzedzającej cel. W biegu zrzucili buty i wskoczyli do przyjemnie ciepłej wody. Właśnie tego potrzebowali po takim upalnym dniu: orzeźwienia i chwili relaksu. Wynurzyli się blisko siebie, stykając się prawie nosami. Oddychali ciężko.
- Przegrałeś – wykrztusiła, gdy złapała oddech. Odgarnęła mokre włosy, zarzucając je do tyłu. Nie potrafił  powstrzymać się przed gapieniem się na nią. Wyglądała pięknie, naturalnie i słodko… Zaróżowione od wiatru policzki, roziskrzone oczy, okolone długimi rzęsami, z których skapywały małe kropelki i lekko rozchylone usta. Jeszcze bardziej uwodzicielskie i kuszące, niż ostatnio. Ciekawe, co by zrobiła, gdybym ją pocałował? Opanuj się człowieku! – Przywrócił się do porządku. – Podoba ci się i to bardzo, ale to nie oznacza, że przy byle okazji możesz się do niej dobierać!
- Oszukiwałaś – uwielbiał z nią igrać. Ognisty temperament dodawał jej jeszcze większego uroku. Całość sprawiała, że była wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju. – Remis – oznajmił.
- Chciałbyś. Zwyciężyłam uczciwie. Przyznaj się, że nie umiesz znieść smaku porażki – odcięła się.
- Z tobą nigdy – zamurowało ją, nie miała pojęcia, czy żartuje, czy mówi poważnie. Jakaś aluzja?
- Jestem wyjątkiem?
- Tak jakby – odparł wymijająco. Co raz trudniej przychodziło mu panowanie nad językiem, który nachalnie domagał się większej swobody.
- Wiesz, Nara? – Odpłynęła dalej, po za zasięg bruneta. – W pewnym sensie ty też stanowisz wyjątek – uniósł pytająco brwi. – Działasz mi na nerwy bardziej, niż cokolwiek innego – posłała mu promienny uśmiech, kierując się do brzegu.
- Ożesz! Niech ja cię złapię, doigrałaś się! – Żartowała – wiedział to, ale nie zostawi tak tego bez rewanżu. O nie! Zasłużyła na karę za złośliwość. Ruszył w ślad za ,,uciekinierką’’. Nie pozostał z tyłu, jak poprzednio, Temari była już nieźle zmęczona i w dodatku śpiąca. Specjalnie zachował dystans, aby mogła dotrzeć na suchy ląd. Ledwo, z niemałym trudem, wyszła na piasek. Zamierzała zrobić kolejny krok do przodu, ale coś ją skutecznie powstrzymało.
- Długo zamierzasz uciekać? – Usłyszała za sobą.
- No proszę – cmoknęła z uznaniem. – Udoskonaliłeś tą głupią technikę.
- Głupią, ale skuteczną. Po raz enty dałaś się w nią złapać – odwrócił ją przodem do siebie i zbliżył się z cwanym uśmieszkiem.
- Ej! O co ci chodzi?! Nara! Cha! Cha! Przestań! Cha! Nie… - dalsze słowa zagłuszył donośny wybuch śmiechu, spowodowany łaskotkami. Shikamaru był głuchy na słabe protesty. Po pierwsze – kochał jej perlisty śmiech, a po drugie – to niewinny pretekst do dotykania jej jedwabnej skóry i przebywania tak blisko. Działała na niego jak afrodyzjak: uzależnił się od niej w każdym najmniejszym calu. Z rozmarzenia wyrwała go No Sabaku, która cofając, potknęła się o korzeń. Zachwiała się i szukając ratunku złapała za rękę zaskoczonego chłopaka. Nie spodziewał się gwałtownego szarpnięcia, a że nie stał stabilnie, stracił równowagę i runął na ziemię. W ostatniej chwili podparł się na dłoniach, aby nie przygnieść dziewczyny. Sytuacja była co najmniej dziwna i krępująca – zwłaszcza dla przedstawicielki płci pięknej.
- Mógłbyś łaskawie zabrać swoją nogę? – Usilnie starała zachować względny spokój i nie dać po sobie poznać, że zachowanie stratega ją krępuje.
- Skąd?
- Stamtąd, gdzie ją trzymasz, dupku!
- Dlaczego?
- Bo mi niewygodnie? – Spytała z ironią. Pomału zaczęła ją ogarniać frustracja. Na szczęście uniknął pewnej kłótni, zabierając kończynę spomiędzy ud blondynki. Odwróciła głowę zażenowana, za wszelką cenę, unikając kontaktu wzrokowego. Kciukiem uniósł lekko brodę, tak żeby spojrzała prosto na niego. Dostrzegła w jego oczach nieznany jej do tej pory błysk, niebezpieczny ognik, tlący się w ich głębi. Nara, czy ty? To możliwe? Matsuri miała rację, może istnieje szansa? Ocknęła się, czując gorący oddech na swoich ustach. Wzrok Shikamaru ,,wędrował’’ po twarzy ambasadorki, szukając jakiś oznak sprzeciwu. Zadowolony z ich braku skierował się na upragniony cel. Delikatnie, z czułością wpił się w ponętne wargi. Nie śpieszył się, żeby nie zepsuć pięknej chwili, czekał na ruch ze strony przeciwnej, pozwalający na dalsze działanie. Całkowicie oniemiała, ale nie mogła zaprzeczyć, że się jej nie podoba. Wręcz przeciwnie. Serce wywinęło radosnego koziołka i zabiło dwukrotnie mocniej, puls przyśpieszył, a ciało, pod wpływem dotyku, zadrżało. Poczuł to i nie potrafił powstrzymać się od szerokiego uśmiechu. Postanowiła nie pozostać dłużna i dołączyła się do pieszczoty, machinalnie oplatając ręce na szyi bruneta. Oparł prawą dłoń na jej biodrze, pogłębiając pocałunek. Przelał w niego całą tęsknotę, gorycz i radość z oczekiwanego spotkania. Po dłuższej chwili oderwali się niechętnie od swoich ust, łapczywie chwytając zbawczy tlen. Zetknęli się czołami, a policzki siostry Kazekage pokryły się rumieńcem. Shikamaru okręcił sobie wokół palca jeden z zabłąkanych, blond kosmyków i zarysował kciukiem linię szczęki.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę, Temari…


     Świtało, a ona dopiero wracała do domu z ciężkiego treningu. Całą noc spędziła z zielonym psychopatą, jego uczniem i Neji’m, który zmył się po trzech godzinach na misję. Nigdy w życiu nie popełni dwa razy tego samego błędu! Na pewno nie zgodzi się na jakieś głupie testy krwi młodości. To przez nie wyglądała jak siedem nieszczęść. Ok, lubiła dawać sobie w kość i  zazwyczaj się nie oszczędzała, ale tym razem przesadziła. Szła od budynku do budynku, zataczając się i potykając, jak pijana. Nie zwracała uwagi na ciekawskie spojrzenia natrętnych ludzi. Czuła się jak jakiś egzotyczny, bardzo rzadki okaz, pokazany po raz pierwszy światu. Wkurzające. Przystanęła w cieniu drzewa, aby chwilę odsapnąć. Z westchnieniem ulgi opadła na miękką trawę, opierając się o konar wiśni. Ściągnęła brudną bluzę i odrzuciła ją w bok. Skrzywiła się po raptownym wyprostowaniu kończyny. Ściągnęła bandaże z rąk, przyglądając się, wręcz, sino – bordowej skórze i pulsującym drganiom mięśni. Jakie szczęście, że nie natknie się przez trzy dni na ojca! Zapewne dostąpiłaby zaszczytu odsłuchania nudnego kazania na temat zdrowia, obowiązków i zakazów przyszłej głowy rodziny. Nienawidziła tego! Dlaczego nikogo nie obchodzi, że ona nie ma najmniejszego zamiaru objąć tej cholernej władzy?! Prawdę mówiąc nigdy nie oznajmiła tego głośno, ale wiele razy robiła rzeczy, które stawiały sprawę jasno. Oczywiście nikt, oprócz Hinaty, nie brał jej wybryków do głowy, zazwyczaj kończyło się na karze i wszystko powtarzało się od początku. Co za ironia: była więźniem głupiego przeznaczenia rodziny. Chciałaby ponad wszystko inne, mieć przy boku przyjaciela, któremu powierzyłaby troski i odciążyła młode serce. Siostra i kuzyn w tej sprawie nie liczą się wcale, nie zrozumieliby ptaka, zamkniętego w złotej klatce, odczuwającego przez cały czas dziki zew Natury, oni są wolni i mogą decydować o swoim  życiu, ona – nie. Całe szczęście, że jakiś rok temu, wywalczyła prawo do swobodnego poruszania się bez opiekuna. Pozbyła się przynajmniej zaciskającej się smyczy. Dalej jednak obowiązują ją reguły, co do powrotu do domu i meldowania się co jakiś czas. Jeśli chodzi o treningi, ma wolną rękę, im więcej karkołomnych ćwiczeń, tym nawet lepiej. Matko! Jak ona pragnęła pochodzić z normalnego klanu i żyć, jak zwykła dziewczyna! Jej plany jednak na marzeniach się kończą, szanse są zerowe. Ojciec nie zgodzi się na jej pomysły.
- Kto, albo co pochłonęło twoje myśli do tego stopnia, że mnie nie zauważyłaś?
- Mhm? – Uniosła głowę, przysłaniając dłonią oczy przed promieniami wschodzącego słońca. – Och, cześć. Wybacz. Trochę się zamyśliłam.
- Zdążyłem się domyślić – zmarszczył brwi. – Co ci się stało w rękę? – Spytał przestraszony, podchodząc bliżej Hyuugi. Za wszelką cenę starała się ukryć okaleczenia. Nie udało się jej to, gdyż chłopak zdążył pewnie, acz delikatnie pochwycić drżące łokcie. Ostrożnie pogładził opuszkami palców siną skórę. Skrzywiła się. – Coś ty robiła?!
- Trenowałam – odpowiedziała swobodnie, na co wytrzeszczył z niedowierzania oczy.
- Oszalałaś?! – podniósł głos, aż podskoczyła. – Chcesz się zabić?!
- Raczej nie, jeszcze tego nie planowałam – wyszczerzyła zęby.
- To nie jest śmieszne.
- Nie żartowałam. Takie sparingi to dla mnie norma. Chce… Muszę zdać egzamin i nie mogę stracić formy.
- Prędzej się wykończysz – burknął. -  Z kim walczyłaś?
- Głównie z Lee i Gai’em.
- Dziewczyno – pokręcił głową z dezaprobatą. – I tak masz duże szanse, jak i nie największe, na zostanie z chunin’em, tortury z Zielonymi nie są ci potrzebne. A teraz chodź.
- Co gdzie? Hej! Co ty?! – nim się spostrzegła Inuzuka ,,porwał’’ ją na ręce i mocno przycisnął do swojego torsu. – Puść mnie! Ale już!
- Nie ma mowy – zaprzeczył i ruszył w kierunki rezydencji Hyuuga.
- Nie jestem kaleką, umiem poruszać nogami – syknęła. – Wyglądam jak niedorajda – brak odpowiedzi. Zdenerwowana walnęła, dość mocno, w ramię bruneta.
- Mały brutalu. W taki sposób traktujesz swojego wybawcę?
- Jakoś, ani przez chwilę, nie czułam się zagrożona i nie potrzebowałam pomocy. A tak poza tym widzisz tutaj, gdziekolwiek, jakiegoś przystojnego bohatera?
- Paskudny, złośliwy charakterek. Przyjdzie czas, kiedy zmienisz zdanie.
- Na pewno go nie doczekasz, narcystyczny dupku.
- Z charakteru, ani trochę nie przypominasz Hinaty – stwierdził. Zupełnie go olała i nie zwracała uwagi na to, co mówi. Niezmiernie zaciekawił ją poszarpany rękaw bluzy, która spoczywała na jej brzuchu. Ignorowała zaczepny uśmieszek Kiby i znaczące chrząknięcia. – A jednak umiesz milczeć i wychodzi ci to całkiem nieźle.
- Gdzie Akamaru?
- Dzięki, że nie skazałaś mnie na karę milczenia – rzuciła mu koślawe spojrzenie. – Sorki, głupi tekst. Musiałem zostawić go u Hany. Na ostatniej misji paskudnie skaleczył łapę i strasznie kuleje. Nie może za dużo chodzić, aby jej nie nadwyrężać, o co ma do mnie pretensje.
- Biedak, chciałabym go zobaczyć. Kto to Hana?
- Moja starsza siostra, prowadzi lecznicę. Straszna kobieta – wzdrygnął się gwałtownie. – Lepiej jej nie podpadać.
- Boisz się własnej siostry? Mięczak.
- Ej! Czy ja powiedziałem, że się jej boję?!
- Może i nie, ale napiąłeś mięśnie, poczułam to wyraźnie.
- Dlatego, że jesteś ciężka – od razu pożałował nieudanego żartu, obrywając solidnego kopniaka w żebra. – Za moment wylądujesz na tyłku – zagroził.
- Sam się prosiłeś o fuchę tragarza – warknęła.
- Nie dopisuje ci humorek, jak ostatnio, co nie? – Wkroczył na taras rezydencji, zmierzając w stronę głównego wejścia.
- Jestem zmęczona i w dodatku wkurzona, więc nie pogarszaj.
- Mną?
- Nie. Treningiem. Chociaż poświęciłam na to tyle godzin, nadal nie przynosi skutków. Kompletna klapa, jeśli chodzi o szybkościowe ninjutsu. Lee to doskonały przeciwnik, ale specjalizuje się wyłącznie w taijutsu. Nie mam z kim poćwiczyć tego cholerstwa, załamię się.
- Spokojnie, wyluzuj, Mała. Zapomniałaś, że Konohę zamieszkuje mistrzunio w tej dziedzinie, a konkretnie moja skromna osoba.
- Żartujesz?
- Okrutna – pociągnął żałośnie nosem. – Nigdy się nie liczę – zachichotała.
- Rozchmurz się. Siostra kupi ci kredki – parsknęła śmiechem na widok miny Inuzuki. – Chętnie, jeśli się zgodzisz, wynajmę ciebie jako prywatnego trenera.
- Nie liczę tanio – ostrzegł. – Dużo wymagam.
- A ja nie znam litości – odegrała się. – I posiadam coś bardzo ważnego, z czym definitywnie przegrasz. Urok osobisty.
- Nieźle, chylę czoła – pociągnął za klamkę, otwierając drzwi. – Ale rzeczywistość może okazać się zupełnie inna, Mała.
- Nie nazywaj mnie tak, to kompromitujące. Ee? Mógłbyś odstawić mnie na ziemię?
- A, no tak! – Wypuścił ją z objęć, lekko stawiając do pionu. . – Pewna jesteś, że nie potrzebujesz pomocy przy rozmasowaniu obolałych ramion? – Zawadiacko wykrzywił usta. Oparł się szelmowsko o ścianę, uważnie przyglądając się reakcji dziewczyny. Tak jak się spodziewał, blade policzki oblały się dorodnym rumieńcem.
- Zboczeniec! Poradzę sobie doskonale. Sama – zaakcentowała wyraźnie ostatnie słowo.
- Ok, ok. Twój wybór. Nie wiesz, co tracisz.
- Wiem, co zyskam: pozbędę się napalonego natręta.
- Niesprawiedliwie mnie oceniasz – wygiął wargi w podkówkę. – Zrewanżuję się w czwartek wieczorem na polu numer 8, co ty na to?
- Zamów sobie karnet na masaż, Kiba.

(Najlepiej zzapodajcie sobie muzykę z Naruto, coś w stylu Shutsujin, albo Victory...)
- Powiedziałam, co o tym sądzę! Koniec dyskusji! – Szyby, pod wpływem uderzenia, zadrgały, a tynk ze ściany, opadł na podłogę.
- Ale…
- Nie! Nie rozumiesz, że narazisz swoje cenne życie?! Akatsuki to nie zbuntowani chłopcy z piaskownicy, tylko niebezpieczni przestępcy, którym nie podołał nawet Jiraiya – dodała smutno. – Nie wyślę ciebie na pewną śmierć. Za wiele dla mnie znaczysz.
- Jako Jinjuriki i broń ostateczna?
- Nie pleć bzdur, traktuję cię, jak syna.
- Nie jesteś za stara na dzieci?
- UZUMAKI! Zaraz wylądujesz w trumnie!
- Widzisz?! Znajdę się tam prędzej z twojej ręki! Pozwól mi iść. Pokonałem Czerwonego Gościa, dam radę pozostałym!
- Ale inni…
- No tak – warknął zirytowany. – A Pein to pikuś w porównaniu z całą resztą! Milutki kociaczek! Wielkie dzięki! – Krzyknął.
- Nie wrzeszcz! I nie przerywaj mi! – Rzuciła mu ostre, karcące spojrzenie. – Po całą wieczność będę ci wdzięczna za uratowanie dziedzictwa mojego dziadka – wzięła głębszy wdech, aby uspokoić zszarpane nerwy. – Nie chcę, żeby historia zatoczyła krąg, a fatum przeklętego naszyjnika powtórzyło się po raz kolejny.
- Przecież już go nawet nie mam. Ok, kapuję. Gęba na kłódkę – założył ręce na piersi.
- Nie warto poświęcać się bezsensownej sprawie – kontynuowała. – Wykorzystaj młode lata mądrze i spełnij upragnione marzenie. Wśród przyjaciół jesteś bezpieczny. Nie pchaj się w rozlew krwi. Wojna to paskudna sprawa, nadejdzie czas, kiedy to zrozumiesz i przekonasz się na własnej skórze o jej okrutnym żniwie.
- Ale sensei – jęknął, łapiąc się ostatniej deski ratunku.
- Hatake to wspaniały ninja, elita. Wierzę w niego.
- A we mnie nie?
- Z całego serca i nigdy, choćby na chwilę, nie zwątpiłam w twoją siłę i umiejętności. Kakashi zna powinności wojownika i nie boi się śmierci. Przestrzega, ponad wszystko, Kodeksu, ale łamie go nagminnie, jeśli chodzi o przyjaciół. Nie chciałby, żebyś za nim poszedł.
- A jednak wysyłasz drużynę. Czy ich los ciebie nie obchodzi?
- Ufam Shikamaru. Nie powiedzie swoich kompanów na pastwę wroga.
- Teraz mogę zacząć narzekać na brak zaufania.
- Zamilcz, Naruto!! Podważasz mój autorytet – oparła czoło o chłodną szybę, przypatrując się codziennym czynnościom mieszkańców wioski. Kiedyś i ty przejmiesz ten niewygodny fotel, i otoczysz swoją opieką szerokie mury naszej historii. Tak jak twój ojciec. Dorosłeś i jesteś świadomy potęgi shinobi, zostaniesz dobrym Hokage, sławnym we wszystkich zakątkach. Legendy opowiadane przyszłym pokoleniom, będą głosiły historię dzielnego Pomarańczowego Błysku Konohy, potomka Yondaime. Mhm… Całkiem sprytnie Naruto. Teraz wiem, dlaczego nie zgodziłeś się na udział w egzaminie na chunnina. ,,Genin, który zbawił Świat’’. Żałuj, Żabi Zboczeńcu, że nie doczekałeś tej chwili, to dobry pomysł na książkę. Może twój uczeń przejmie pałeczkę i dokończy dzieło ukochanego mistrza? Strzeż go Jiraiya stamtąd, gdzie teraz przebywasz…
- Każesz zrealizować marzenie – usłyszała za sobą dziwnie podekscytowany głos niebieskookiego, uśmiechnęła się nieznacznie. Czyżby? - Bardzo chętnie, od dziecka tego pragnę. Nie miej za złe, tego, co za chwilę zrobię, ale jest to niezbędny krok w przyszłość. Jeśli podołam, wyruszę uratować Kakashi’ego i nie będziesz mi mogła tego zabronić, nawet jeśli stanę naprzeciw całemu Akatsuki!
- Co proponujesz, Uzumaki Naruto?
- Pojedynek, babuniu Tsunade. Stań ze mną do walki, Hokage! – Odwróciła się od okna z szerokim uśmiechem, spoglądając na chłopaka. Stał dumnie wyprostowany, z błyskiem w oku. Istna kopia Minato.
- Czekałam od dawna na ten moment, Naruto…



I jak? Trochę się wpakowałam, bo nie umiem dobrze opisywać scen walk, no ale... postaram się. 
Moja głupota czasami mnie przerasta, nie dość, że ostatnio, przez przypadek umyłam włosy balsamem (zawsze śmiałam się, jak ktoś czytał ulotki na szamponach, zmieniam definitywnie zdanie), to na fizyce palnęłam taką głupotę, że nauczyciel walnął się czołem o biurko, przedstawiam sytuację:
Przepisujemy szybko zadanie z tablicy i, choc jest dłuuugie, szybko kończymy (co trzecią linijkę pisaliśmy) :), i krzyczymy, że można dalej, a on na to, że
N: Jak będziecie tak bezmyślnie przepisywać, to same gówno w zeszycie będziecie mieli.
Ja na to głośno i z wyrzutem
Ja: No pięknie! To ja mam kibel zamiast zeszytu
Cała klasa z krzeseł, brecha na maksa, bo nie ma to jak wariat:)

Mam pytanie, może wy mnie pocieszycie, czy wzrost 173 cm to dużo jak na 18 lat? Ja się załamię, chcę być niska!!


piątek, 22 lutego 2013

Miłośc to dar, który otrzymuje każdy, bez wyjątku



Rozdział X

            Egzamin na chunnina zbliżał się nieubłaganie wielkimi krokami. Organizatorzy wylewali siódme poty, biegali od świtu do nocy, dopinając wszystko na ostatni guzik. Miejsca noclegowe dla uczestników, ochrona dla Kage, stadion, sędziujący, jego pomocnicy i zadania były już gotowe. Dwa tygodnie przed rozpoczęciem mogli wreszcie przystopować i odsapnąć. Shikamaru codziennie zachodził w głowę, dlaczego daje się wykorzystywać za takie pieniądze. Ślęczył po paręnaście godzin nad stosami papierów: wypełniając, segregując i analizując. Całe szczęście misja, którą wykonał z Sakurą i Naruto, kilka tygodni temu, przebiegła pomyślnie. Konoha stała na dobrej drodze do sojuszu z Chmurą. Tsunade tym samym dopisywał humor, co podstępnie, wykorzystał na własną korzyść i załatwił sobie wolne na czas turnieju. Nie omieszkała postawić jednak warunku, który spełniał od trzech dni z ponurym wyrazem twarzy. Parę razy (gdy przechodził załamanie nerwowe) prosił o pomoc kolegów, ale oni również nie mieli łatwo! Ino pracowała w kwiaciarni, Sakura otrzymała posadę pomocnicy lekarza w szpitalu, Choji gorliwie uzupełniał masę, jak on to określił, swojego drobnego ciała. Drużyna Gai’a i Hinata uczestniczyli w treningach Hanabi, przygotowującej się do uzyskania wyższego stopnia. Shino zbierał rzadkie okazy robaków, do tego, jakże pasjonującego zajęcia, zwerbował Hinatę, która nie śmiała mu odmówić. Jedynie Kiba, Naruto i Sai zlitowali się nad Narą i zaoferowali się do porządkowania bajzelu w gabinecie. Po swoich wygłupach, zalaniu kawą biurka i zniszczeniu ,,legitymacji'' geninów z Wioski Skał, wylecieli na kopach przez okno.
Jęknął zrezygnowany, opierając się o fotel. Za jakie grzechy?! Sięgnął od niechcenia po kolejny plik. Wioska Piasku – przeczytał. Serce zabiło mocniej. Przeglądnął szybko informacje, dotyczące shinobi. Trójka młodzików: uczennica Gaary – Matsuri i dwójka chłopców: szatyn o ostrych rysach twarzy i zielonych oczach - Masaru, blondyn z szerokim uśmiechem na dziecięcej buzi, wyrazistych, brązowych oczach – Akihiro. Musiał przyznać, że przypominają Uzumaki’ego i Uchihę. Ciekawe, czy kolory włosów odzwierciedlają ich charaktery? Przestudiował pobieżnie umiejętności; nieźle wyszkoleni. Chłopacy przodowali w ninjutsu, dziewczyna – w posługiwaniu się bronią. Słowem: silna drużyna, która z pewnością przejdzie do ostatniej rundy. Ach, powracają wspomnienia! Miło było wykonywać misje rangi D, mało kłopotliwe i niewymagające niczego szczególnego, na cholerę, pakował się w to całe bagno?! Ale z drugiej strony, nie spotkałby no Sabaku. Rzucił okiem na kalendarz. Drużyna z Suny przybywa za trzy dni, wraz z nią Temari. Tak długo jej nie widział. Trzy miesiące, a tęsknota rośnie z dnia na dzień. Spochmurniał. Dopiero teraz do niego dotarło, że to ON zakochał się po uszy, nie ONA. Co jeśli nie odwzajemni uczucia? Będzie chciała pozostać przy znajomości kolega-koleżanka, co prawda nie wierzy w taką przyjaźń, ale znając życie, wyjdzie na tym, że uzna go w końcu za beksę i wyśmieje. I to niby ja zostałem nazwany szowinistyczną świnią? No cóż – spojrzał na krajobraz, roztaczający się za oknem z chytrym uśmieszkiem. – Może to kłopotliwe, ale jestem zakochanym chłopakiem, który zrobi wszystko, co w jego mocy, aby zdobyć serce dziewczyny.

Nie tylko organizatorzy dawali z siebie maksimum; młodzi genini duszą i ciałem poświęcili się karkołomnym i żmudnym treningom. Niektórych, częste niepowodzenia i upadki studziły bojowy zapał, zniechęcały do wysiłku, i przystąpienia do próby. Wiara w umiejętności ulatywała, a umysł ogarniała panika przed nieznanym. Dzięki ciągłemu wsparciu nauczycieli i kolegów, podnosili się z klęczek, dumnie prostując obolałe plecy i stawiając czoła wyzwaniu.
- Dość – jęknęła, opadając na piach. – Proszę, odpoczynek. Nie czuję żadnego mięśnia. Wróć. Czuję je bardzo dobrze. To nie są ćwiczenia, tylko katusze. Chcesz mnie wykończyć, sensei.
- Nie przesadzaj – przysiadł się do brunetki. – Zależy mi, abyś została chuninem.
- Dlaczego? – Nie mogła się powstrzymać i  znów przegrała z ciekawością.
- Jesteś moją pierwszą i jedyną uczennicą, wiele dla mnie znaczysz.
- Gaara-sama – speszona odwróciła twarz, aby zakryć dorodne rumieńce.
- Skończ z oficjalnym tonem, nie lubię tego. Mów mi po imieniu.
- H-hai.
- Strasznie dzisiaj gorąco, a że mam jeszcze 15 minut, co powiesz na coś zimnego do picia?
- Brak siły. Nigdzie się nie doczłapię.
- A kto wspominał, że użyjesz własnych nóg? Pomogę ci – wstał i podniósł dziewczynę, biorąc ją na ręce. Po zetknięciu z torsem czerwonowłosego, przypominała buraka. W podbrzuszu poczuła ucisk, przycisnęła do niego ręce. To muszą być te sławne motylki. Przyjemne uczucie…
- Hm? – Spojrzał na nią zaniepokojony. – Wszystko gra? Coś cię boli?
- Nie, nie – zaprzeczyła. – W porządku.
- To dobrze. Musisz dojść do normy, zostawię cię pod opieką siostry. Wiesz, obowiązki wzywają – wyjaśnił.
- Nie szkodzi, nie chcę przeszkadzać.
- Daj spokój! Wyświadczysz nam drobną przysługę – posłała mu pytające spojrzenie. – Chodzi o Temari, odkąd wróciła z ostatniej misji, dziwnie się zachowuje. Może rozmowa z tobą pomoże? – Skinęła głową. – To idziemy – bez ostrzeżenia, raptownie skoczył na dachy budynków. Nigdy nie przeszkadzało jej podróżowanie, ale TE warunki, powodowały zawroty głowy i nieprzyjemne mdłości. Zerknęła w dół, jeszcze gorzej! Dopadł ją strach, że spadnie, pod wpływem impulsu, wyciągnęła ręce, żeby objąć szyję nauczyciela. ,,W połowie drogi’’ zaniechała tego. Nie wiedziała jak zareaguje. Wścieknie się? Obrazi? Ucieszy? Nakrzyczy? W końcu istnieją pewne granice, których przekraczać nie wolno. Nie chce ryzykować. Wpatrzyła się w jego dłoń, próbując nie zwracać uwagi na piekące policzki, uciążliwe nudności i całą sytuację.
- Zrób to.
- Co? – Drgnęła na dźwięk głosu. A więc widział? No jasne, że tak – skarciła w myślach własną głupotę. – Wyskoczyłam z tym jak jakaś idiotka. Głupia.
- Zrób to, co zamierzałaś, Matsuri – niepewnie oplotła dłońmi kark chłopaka i wtuliła się w bordowy płaszcz. Od razu lepiej! Wszelkie niedogodności znikły jak za sprawą magicznej różdżki. Jedyne, co teraz czuła to ciepło i bicie serca, które pokochała dawno temu.
Dotarli do rezydencji, zdaniem obojga, za szybko. W salonie zastali Temari. Zaciekawiona sceną, rozgrywającą się przed nią, odłożyła książkę i pustą szklankę. Uśmiechnęła się na powitanie.
- Czyżby niefortunny wypadek?
- Nie, raczej nieumiarkowanie trenera – z małą pomocą usiadła na sofie.
- Nie pora na gorące podziękowania, wytrzymaj trochę. Co chcesz do picia?
- Sok jabłkowy – nie zdążyła mrugnąć, a już miała przed sobą pełny dzbanek i szklankę w dłoni.
- Pij – ponaglił. – Jeszcze się odwodnisz.
- Dzięki – blondynka przypatrywała się całemu zajściu z niedowierzaniem. Pierwszy raz widziała brata w takim stanie, słońce zaszkodziło? Albo to coś innego. Hormony? No, Gaara, bestyjko. Bierz się do roboty. Tego potrzebujesz do całkowitego uleczenia. Masz do na wyciągnięcie dłoni, nie zaprzepaść takiej okazji. Chciała pogadać z przyjaciółką, a więc kochany braciszek musi wybyć, jak najdalej stąd.
- Kankurou czegoś od ciebie chciał, siedzi w gabinecie. Lepiej się pośpiesz, bo będzie jęczał.
- Hai, hai. Do zobaczenia – zniknął w drobinkach piachu, mamrocząc coś u krótkim urlopie.
- Jak trening? – Postanowiła zacząć niewinnie.
- Ciężki, ale w porządku. Dzięki zaangażowaniu Gaary, czuję się znacznie silniejsza.
- Gaara? – Spytała chytrze. – Przeszliście na ,,ty’’?
- No, taa – lekko się zarumieniła. – Tak wyszło. Kiedy ruszamy do Konohy? – Błyskawicznie zmieniła temat.
- Najlepiej jak najszybciej, planowałam za dwie godziny, ale twój obecny stan na to nie pozwala. Jednak nie mogę tego odwlekać, w Liściu mamy stawić się za trzy dni. Każde opóźnienie działa na waszą niekorzyść, powinniście poznać techniki rywalów i ich style walki. Sensei chłopaków kuruje się w szpitalu, a więc będą musieli sami zająć się przygotowaniem do zadań.
- Dlaczego ty nie zostaniesz trenerem, jesteś świetna, pomogłabyś im.
- To nie dla mnie – pokiwała przecząco głową. – Zero cierpliwości, prędzej pozabijałabym biednych uczniów. Poza tym brak czasu. Na ambasadorze również ciążą obowiązki, po przekroczeniu bramy, zasypią mnie papierami. – O matko – jęknęła. – Dopiero teraz zdałam z tego sprawę, ile czeka mnie roboty. Zapewne leniwy, kochany… - zacięła się, zakrywając dłońmi usta. – Co ja narobiłam? Muszę częściej gryźć się w język.
- Wtedy byś go nie miała – uśmiechnęła się promiennie. Mimo tego, że tak często odwiedzała dom piaskowego rodzeństwa, akurat teraz, cholernie zaciekawiły ją rodzinne zdjęcia, wiszące na przeciwległej ścianie. – Leniwy. Znany mi jest tylko JEDEN, leniwy strateg, zamieszkujący Wioskę Ognia. Jak mu tam? Eee? N..Nu..Ne… - nie mogła powstrzymać uśmiechu, widząc irytacje na twarzy siostry Kazekage. – No przecie – walnęła się w czoło. – NARA!
- Ciszej!  Przecież wiesz, że Idiota ma gumowe ucho.
- Trafiłam – ucieszona nie przejmowała się oczami podobnymi do bazyliszka, które wpatrywały się w nią z rządzą mordu. Upiła soku i teatralnie westchnęła. – Ciekawe, od kiedy kochany?
- To nie tak, jak myślisz. Znaczy się… - słownik wyrazów zaprzeczających skurczył się do minimalnych rozmiarów, jak na złość podsuwał jedno, proste słowo, w dodatku potwierdzające…
- Nie do wiary! Rumienisz się!
- Wcale nie! – Zaprzeczyła.
- Daj spokój! Tak trudno przyznać się do zakochania?
- Matsuri! – syknęła.
- Jest przystojny, prawdziwe ciacho . Pośpiesz się, taki jak on, nie odgoni się od dziewczyn, okrążą go jak sępy padlinę.
- Bardzo romantyczne porównanie.
- Szkoda, że tamten pocałunek nie wypalił.
- Skąd wiesz?!
- Poczta pantoflowa – odparła wymijająco.
- Zabiję go!
- Nie. Lalkę dopadł strach, bał się twojej żelaznej pięści i nie chciał nic powiedzieć. Nawet przekupstwo nie pomogło, nieważne – machnęła dłonią. – A więc, od kiedy?
- Mhm – dobra, musi w końcu komuś się wygadać. – W sumie, sama nie wiem. Odkąd zaczęliśmy spędzać razem tyle czasu, polubiłam go. Często kłócimy się o jakieś duperele, ale to chyba mi się w nim podoba. Te lenistwo, upierdliwe docinki, wyjebanie na cały świat, wieczne znudzenie, odpowiedzialność, czarne, przeszywające oczy, kpiący uśmiech, ciepło rąk, uczucie bezpieczeństwa…
- Ej! Odpłynęłaś, czy co?! – Niechętnie oderwała wzrok od lampki nad kominkiem i spojrzała zdezorientowana na przyjaciółkę. – Trochę się rozkręciłaś – zachichotała. – Pytałam się o CZAS, a ty stworzyłaś niemal opowiadanie. Na moje oko, wpadłaś po uszy. Dlaczego siedzisz bezczynnie i nie działasz?!
- Chodzi o to, że chyba nie jestem gotowa – szepnęła.
- Co?
- Boję się związku.
- A dokładniej?
- To, że w nim się nie odnajdę, że nie potrafię kochać.
- Przestań! To dar, który otrzymuje KAŻDY, bez wyjątków. Trzeba spotkać właściwą osobę i po sprawie. Ciąg dalszy przychodzi samoistnie.
- Obawiam się, że bycie shinobi, zmieniło mnie. Stwardniałam, tutaj – wskazała na klatkę piersiową. – Okrucieństwo, ciągła śmierć piętnuje nasze życie. Nie chcę zawieść, ani siebie, ani jego.
- Jeśli się okaże, w co bardzo wątpię, że Natura względem ciebie zrobiła figla, Shikamaru doskonale sprawdzi się w roli przewodnika i nauczyciela. A nauka z nim pójdzie błyskawicznie, postaraj się otrzymywać najwyższe noty – posłała jej porozumiewawcze spojrzenie. – Zależy ci?
- Tak.
- Z takim seksownym tyłkiem na bank sobie poradzisz! Ok! Koniec zajęć psychologicznych, zagadałyśmy się. Czas w drogę – spróbowała podnieść się do pionu z marnym skutkiem. Złapała się za żebra, przeklinając wszystko dookoła. – Ała! Moje mięśniory! Jeszcze wyjdzie tak, że w ogóle nie wezmę udziału w egzaminie!
- Dzisiaj musimy wyruszyć, najwyżej dołączysz do nas z Baki’m, wytłumaczę twoją nieobecność. Odpocznij, kilka dni wolnego dobrze ci zrobi, a jeśli brat znów za mocno się zaangażuje, walnij go ode mnie w ten rudy łeb. Ach, no tak. Idę go poinformować o zmianie planów – odstawiła szklankę i ospale zgramoliła się z miękkiego siedzenia. – Koniec laby, szkoda – pociągnęła za metalową klamkę, przekraczając próg, odwróciła się do geninki i uśmiechnęła się szeroko. – Vice versa w sprawie Gaary, Matsuri. Pa – pomachała i zamknęła za sobą drewniane drzwi.

Minęły dwa dni, słońce chyliło się ku horyzontowi. Letnie niebo syciło oko gamą różnorakich barw. Gorący wieczór zachęcił rodziny do spacerów po parku, niosącym woń kwiatów lip. Orzeźwiające muskanie wiatru, przynosiło ukojenie nagrzanej skórze. Z pobliskiego, niewielkiego jeziorka dało się słyszeć wesoły gwar, bawiącej się młodzieży.
Po wyjątkowo pracowitych godzinach, Tsunade postanowiła, wybrać się na kropelkę sake, jako nagrodę za rzetelność. Zmierzała raźnym krokiem do ulubionego baru, w którym płaciła nędzne grosze dopiero od ósmej butelki, specjalna oferta dla wytrwałych klientów i VIP-ów. Zaśmiała się, posada Hokage posiada swoje plusy. Zatrzymała się na pomoście, mimo że dopisywał jej nastrój, w głębi zamartwiała się. Upłynęło tyle czasu, a Hatake nie dawał żadnych oznak życia, kompletnie nic. Nie chciała stracić utalentowanego, poważanego i tak znaczącego człowieka. Czyżby wpadł w jakąś pułapkę? Nie, nie jest głupi. Odgoniła natrętne myśli o śmierci Hatake. Wierzyła w jego siłę i nic nie sprawi, że w niego zwątpi. Zastanawiała się nad wysłaniem grupy poszukiwawczej, ale zaniechała tego. Wszelkie ślady zostały zatarte dawno temu, a jej decyzja osłabiłaby siły militarne Konohy. Błędne koło. Skierowała wzrok na ciemne chmury, zbierające się na wschodzie. Zbiera się na burzę. I to nie byle jaką. Mam nadzieję, że nie przyniesie ze sobą jakiegoś cholerstwa. Chyba się starzeję, wypatruję we wszystkim jakiś nienormalnych znaków. To dlatego, że jestem trzeźwa. Człowiek bez alkoholu świruje. Odepchnęła się od barierki i postąpiła krok do przodu. Nim zdążyła zareagować, coś ciężkiego, przygniotło ją do nagrzanych desek. Zdziwienie ustąpiło wściekłości, by po chwili przerodzić się w furię. Powstrzymała się przed atakiem tylko dlatego, że zauważyła opaskę sojuszniczej wioski. Po diabła wszczynać wojnę?! Zacisnęła usta i zgromiła wzrokiem młodego, radosnego blondyna, siedzącego okrakiem na jej biodrach. Bezwstydnie, z rozdziawioną buzią gapił się w dorodne piersi sanninki.
- Cholera! Pierwszy i ostatni raz! Nigdy więcej nie zgodzę się na zbiorową teleportację – z drzewa zeskoczyła blondynka, wyjmując z włosów gałązki i listki. – Jesteś cały Masaru?
- Cudem, ale tak. Gdzie ta ciota? – Słysząc częste określenie, odnoszące się do swojej osoby, Akihiro podniósł głowę i zawołał wesołym głosem.
- Tutaj! Chodźcie, znalazłem zaczepistą laskę! – Pierwsza zjawiła się dziewczyna, z wrażenia zakrztusiła się śliną.
- Co ty robisz, do jasnej cholery?! – Wydarła się na całe gardło. Szybkim ruchem rozłożyła ogromny wachlarz i posłała chłopaka prosto do wody. – To Godaime, debilu! Gomen, Tsunade-sama – skłoniła się nisko i pomogła wstać księżniczce.
- Dziękuj losowi – zwróciła się do młodego – że nie oberwałeś ode mnie. Ręczę, że na guzie, by się nie skończyło. W każdym razie nie spodziewaliśmy się was tak wcześnie, jakieś problemy?
- Nie, wszystko w jak najlepszym porządku, Pani. Aki chciał przećwiczyć jutsu teleportacji i w ten sposób jesteśmy przed czasem. Nie sprawi to żadnych problemów?
- Nie, nie skądże – uważnie przyjrzała się młodym ninja. – Czuję, jakby stanęła przede mną replika Uzumaki’ego – przysunęła się do no Sabaku. – Pilnuj, żeby czasem się nie złączyli, bo czeka nas prawdziwa katastrofa. Zgłoszono trójkę, gdzie jeszcze jedna uczestniczka?
- Dotrze do nas za kila dni, wystąpiły małe komplikacje po treningowe.
- Rozumiem. Wyglądacie na zmęczonych. Kotetsu – w kłębach dymu pojawił się, z nisko pochyloną głową, posiadacz imienia. – Odprowadzisz gości do hotelu. Zobaczymy się jutro. Życzę dobrej nocy.
- Nawzajem, Tsunade-sama – cała czwórka pożegnała się grzecznie i ruszyła za mężczyzną na jedną z główniejszych ulic.
- Zabawa powoli się zaczyna – mruknęła. – Ciekawe, kto tym razem zdobędzie tytuł chunina? Oi, ja filozofuję, a biedne sake czeka – pośpiesznie ruszyła do drzwi, zamaszystym ruchem je otwierając. – Wieczór picia uważam za otwarty!


Wyszła z hotelowego ,,piekarnika’’, aby odetchnąć świeżym powietrzem. Bez sensu. Na podwórku było tak samo gorąco jak w pokoju. Na maksa letnia pidżamka, składająca się z cieniutkiej bluzeczki na ramiączkach i krótkich spodenek, ani trochę nie pomogła w ochłodzeniu organizmu. Nienawidziła bezsenności. No cóż, nie ma Gaary, z którym zawsze przesiadywała takie chwile, a przyjaciele dawno już śpią, postanowiła wybrać się na samotny spacer. Bez żadnego konkretnego planu zeszła ze schodów i zagłębiła się w mniej oświetloną część Konohy. Tak często gościła w murach Liścia, że znała go jak swój własny dom. Cisza i spokój, o to właśnie chodziło, żadnych ludzi, od których roiło się na głównej alei. Wolała pozostać niezauważona, w końcu kto paraduje ulicami w takim stroju? A wiadomo, że płeć przeciwna nie myśli głową, a raczej innym narządem. Zaśmiała się, przypomniawszy słowa Kankurou: Nieużywany organ zanika. Razem z Matsuri palnęły mu wtedy kazanie, na temat uganiania się za, co nowszymi laskami. Może w ten sposób faceci chcą uratować swój gatunek? Jednak nie wszyscy są tacy, chyba… Aż podskoczyła, gdy nad lasem rozległ się głuchy trzask i pomruk odległego grzmotu. Pięknie. Wprost cudownie. Dlaczego akurat teraz, gdy wyszła, musiała nadejść burza?! Po kolejnym, głośniejszym, huku mimowolnie zakryła rękoma uszy. Czas wracać, ochota na nocną przechadzkę natychmiastowo minęła. Odwróciła się i uważnie rozejrzała. Nie kojarzyła tego miejsca. I nigdy nie przypisałaby go do Wioski Ognia. Kolorowe, przytulne domy, liczne sklepy i bary, przyciągające roześmianych klientów, park, ustąpiły szarości, nędzy i niebezpieczeństwu. Brud i syf, jednym słowem – nora slumsów. Tych zawsze pełno. Suna walczy z nimi od dawna i nie ma na nich rady. Pomoc odrzucają, unieszkodliwienie albo wygnanie nie wchodzi w grę, wywołałoby to wojnę domową. Najlepszym rozwiązaniem jest pozostawienie ich samych sobie i kontrolowanie co jakiś czas. Jak ja, u diabła, tutaj się znalazłam?! Jeszcze przed chwilą widziałam budynek hotelu i prostą do niego drogę. Wskoczyła na dach parterowej rudery i rozglądnęła się dookoła.
- Pogoda jak w górach – mruknęła – rozmasowując ramiona, na których, pod wpływem wiatru, pojawiła się gęsia skórka.
- Ej, laska! – Z dołu dobiegł ochrypły głos pijaka. – Niezły masz tyłek. Zejdź do nas, a zabawimy się bardzo przyjemnie.
- Sake odebrało ci całkowicie mózg?! Spadaj, gnojku!
- Ostra. Z pazurem. Lubię takie – kolejny typek wychynął za rogu, a za nim następna dwójka. – Bierzemy ją – wydał rozkaz ,,dowódca’’. Zanim pozostanę na górze, nie dopadną mnie. Idioci. Nie posiadam broni, ale jestem w stanie szybko uciec. Cofnęła się i raptownie zatrzymała, uderzając o coś szerokiego i twardego. Nie możliwe, czyżby ninja? Mężczyzna złapał ją za nadgarstek, wykręcając boleśnie rękę. Alkohol nie odebrał mu sił, wręcz przeciwnie – podbudował i podekscytował, gdyż na dźwięk jęku, wzmocnił chwyt. Ostrożnie, by nie wzbudzić podejrzeń, uniosła zaciśniętą pięść wolnej dłoni. Wymierzyła dokładny cios w głowę. Korzystając z chwilowego zamroczenia, wywinęła się zręcznie z uścisku i kopnęła kolanem w krocze napastnika. Odskoczyła, aby ocenić sytuację. Czterech na jednego, marne szanse, ale nie ma zamiaru spasować. Nie należy do tchórzy. Przeniosła ciężar ciała na prawą nogę i wtedy…Trach! Stara deska pękła pod naporem, a dziewczyna runęła w dół.
- Ała – podniosła się z podłogi, dotykając piekącego policzka opuszkami palców, na których została czerwona smuga. Klnąc siarczyście, z trudem, wydostała się ze starej rupieciarni. Na zewnątrz natknęła się na opryszków. Otoczyli ją ciasnym półkolem, coraz bardziej go zacieśniając. Nim się spostrzegła została przyparta do ściany. Siłą woli powstrzymywała się od pogardliwego splunięcia, w zamian, zamachnęła się prosto w twarz ,,szefa’’. Tym razem, jakby na to czekał – z łatwością odparował cios.
- No, no – cmoknął z uznaniem, ukazując rząd czarnych, zepsutych zębów. – Piękna i w dodatku waleczna. Idealne połączenie – z lubością przejechał szorstką dłonią po delikatnym policzku. Szarpnęła, chcąc uciec przed niechcianym dotykiem.
- Łapy precz, parszywy szumowino – mimo że ogarnął ją lęk, głos nie stracił na swej mocy. Brzmiał ostro, stanowczo, a słowa były przesycone pogardą i obrzydzeniem.
- Kotku, złość szkodzi urodzie, a marnowanie takiego skarbu, to grzech – nachylił się nad ustami blondynki. Wykorzystała przewagę i powtórzyła manewr z kopniakiem. ,,Barczysty’’ upadł na kolana z głośnym stęknięciem. Jednak jego kompani nie opuścili gardy, pochwycili ,,ofiarę’’ za łokcie i mocno przytrzymali.
- Suka – warknął wściekle, stając chwiejnie na nogach. – Proponowaliśmy ci obustronnie satysfakcjonującą rozrywkę. Jeśli tak z nami pogrywasz, oberwiesz, dziwko – zgiął rękę, biorąc porządny zamach. Zamknęła oczy, oczekując fali bólu, która nie nastąpiła. Zdziwiona uniosła powieki, przypatrując się, leżącemu oprawcy. W jego barku tkwił kunai, a on sam wyglądał na dziwnie sparaliżowanego. Kolejny piorun rozświetlił niebo i postać, wyłaniającą się z mroku ślepej uliczki.
- Nauczę was szacunku dla siostry Kazekage, skurwiele…

Jak zwykle nie jestem zadowolona z notki, w ogóle mam dzisiaj paskudny humor(przez nauczycieli-otrzymałam uwagę do dziennika za nic, grhh, żebym tylko umiała wykonać jakieś jutsu…). Dodaję mój nr gg  46443522, jak ktoś chce popisać o wszystkim, albo ma jakieś własne pomysły, co do akcji w moim opowiadaniu, to zapraszam bardzo chętnie na pogaduchy…






Proszę o dawkę mocy dla mojej inwencji twórczej w postaci komentarzyka